"Z okazji 50-lecia lotów w kosmos,
wszystkim kosmonautom i sympatykom
kosmosu życzę powodzenia"
Mirosław Hermaszewski
START AKTUALNOŚCI REPORTAŻE BIOGRAFIA GALERIA MÓJ LOT KONTAKT SKLEP
ZALOGUJ MÓJ KOSZYK MOJE KONTO
START >> REPORTAŻE
2011-12-20

To państwo mnie wychowało - Gen. Mirosław Hermaszewski Wywiad dla TVP.info

Czy jest istotne, kto przyleci do nas z bombami? Z tej czy z tamtej strony? My służyliśmy armii Układu Warszawskiego, czy służyliśmy narodowi? To co, mieliśmy nie mieć wojska? Jeśli mówi Pan, że to była nieodpowiednia armia, to się Pan myli - mówi TVP Info o służbie w armii socjalistycznej Mirosław Hermaszewski. Pierwszy polski kosmonauta opowiada też o dzieciństwie na Wołyniu i wyprawie na orbitę. W Warszawie stoi Pałac Kultury i Nauki - dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego. Czy Pana lot w kosmos też był takim darem?
Pamiętam, jak ten dar budowano, a nadal stoi i służy od tylu lat. I mam nadzieję, że mój lot też będzie trwał tak długo. Na pewno był pewnym darem.

Podejrzewał Pan, że ta przygoda doprowadzi do pewnego romansu z polityką?

Ja nie uznaję romansów, jestem...
bardzo wierny swoim przekonaniom. A że to się gdzieś tam przytrafiło, to już przeszłość.

Wielokrotnie powtarzał Pan, że jest dumny z bycia żołnierzem, oficerem, generałem. Nie przeszkadzało Panu, że służy w armii, która nie do końca była polska?

Panie redaktorze, jest Pan po prostu niegrzeczny w stosunku do tych wszystkich oficerów i żołnierzy, którzy wtedy bronili polskiego nieba, czy w ogóle służyli w wojsku. Co to znaczy, że Pan mówi, że to była niewłaściwa armia? Pan się myli.

Nie powiedziałem, że niewłaściwa. Chciałem powiedzieć, że to była armia, która wchodziła w skład Układu Warszawskiego.

No i co z tego? A teraz w jakiej armii jesteśmy? A czy to jest istotne, kto przyleci do nas z bombami, z tej czy z tamtej strony? My służyliśmy armii, czy narodowi? To niezręczne pytanie z Pana strony, powinien się pan z niego wycofać. Był Pan w...
wojsku?

Nie. Na podstawie telepisma "Zamek" zostałem zwolniony. To był rok 1991 albo 1992 i byłem pierwszym rocznikiem, który nie poszedł do wojska na studiach.

Widzi Pan, a za naszych czasów nie szli do wojska tylko nieudacznicy. Żadna dziewczyna nie wyszła za mąż za chłopaka, który nie był w wojsku. Tak więc proszę nigdy nie stawiać tak sprawy, bo ci, którzy byli w armii, szli tam z pełnym przekonaniem. To co - wyobraża Pan sobie, że mieliśmy nie mieć wojska? Dzisiaj po latach rozpatruje się tamten okres - temu się to nie podoba, tamtemu to. A ci moi koledzy, którzy zginęli w katastrofach lotniczych, to co? Zginęli w niesłusznej sprawie, jak Pan powiedział?

Tego nie powiedziałem. Zginęli jako żołnierze. Gorzej, gdyby zginęli w ataku na Danię, a taki mieliśmy kiedyś przeprowadzić. Ale skoro to jest dla Pana ciężki temat?

Nie, dla mnie nie jest ciężki,...
tylko Pan nie rozumie tematu.

Może rozumiem inaczej. A gdybym zapytał o rok 1943, to jest to dla Pana trudny moment i chciałby Pan o tym rozmawiać, czy nie?

W 1943 r. na Wołyniu działy się rzeczy straszne. Wie Pan - na wojnie ludzie giną, ale bestialstwo i wynaturzenie banderowców jest nie do opisania. Ja miałem wtedy 1,5 roku. Jak można zabijać niewinne dzieci, kobiety i to w taki sposób, żeby zadać jak najwięcej cierpień. W marcu zorganizowano napad na naszą wieś, to było straszne. 182 osoby zamordowano, wieś spalona doszczętnie, a moja matka ze mną na plecach była celem. Nie mogli jej dogonić, więc zaczęli strzelać. Któryś z tych bohaterów dobiegł do nas, do kobiety z dzieckiem i z bliskiej odległości strzelił jej prosto w głowę. Na szczęście kula przeszła po skroni, rozerwała ucho, mama upadła nieprzytomna, a ja się wyturlałem. Ale po pewnym czasie mama odzyskała przytomność,...
zerwała się i zaczęła znowu uciekać. Dopiero kilka kilometrów dalej, w innej wiosce, stwierdziła, że mnie nie ma. Tam zaopiekowały się nią Ukrainki, chciała wracać, ale one jej nie puściły. I dopiero rano tata mnie znalazł, leżałem na śniegu.

Ojciec zginął później. Zrobili zasadzkę, wiedzieli na kogo i gdzie. Mama została sama z siedmiorgiem dzieci - niesamowita kobieta. Nie mając nic kompletnie - ręce i dwie obrączki - wychowała nas, wykarmiła, wykształciła. Żywił Pan jakąś nienawiść do Ukraińców za to wszystko, co się stało?

Nie ukrywam, że tak. Dość długo to we mnie tkwiło i dopiero po locie miałem okazję poznać Ukraińców, wśród nich są kosmonauci. Do niektórych podchodziłem z wielką rezerwą i gdy słyszałem jak śpiewali, to miałem jakieś palpitacje. Ale to są wspaniali ludzie, tylko kiedyś ktoś diabelskim ogonem zamieszał im w głowach.

Kiedy...
po wojnie musieliście ewakuować się na zachód Polski, czy mama wam o tym wszystkim opowiadała, czy to był temat raczej unikany?

Opowiadała, to tkwiło tak głęboko w świadomości mamy? Już jak zostałem oficerem i siadaliśmy do kolacji, patrzyła na mnie i mówiła - "widzisz, ja ciebie na plecach wynosiłam". Ale nigdy nie mówiła tego z nienawiścią do tych ludzi, to jest bardzo ciekawe.

W szkole to nie jest ważny temat dla młodzieży. Ważniejsze było, że "mój tata zdobywał Berlin". A co ja miałem powiedzieć? Ja taty nie miałem, byłem półsierotą. To właśnie to państwo, o którym Pan tak nieładnie mówi, mnie wychowało. Ono dało mi bułkę, szklankę mleka.

To państwo, czyli PRL?

Polska Rzeczpospolita Ludowa, niech Pan nie będzie złośliwy. To państwo pozwoliło mi się uczyć, za darmo umożliwiło latanie. Gdybym miał możliwość przejść to życie...
jeszcze jeden raz, to szedłbym tą samą ścieżką. Może troszeczkę lżej, bo wiedziałbym jak to zrobić. Ale służyłbym w każdej armii, tam gdzie jest lotnictwo, które broni kraju.

Jak to się stało, że właśnie Pan został wybrany spośród tylu ludzi, którzy chcieli znaleźć się w kosmosie?

Pojechaliśmy na szkolenia do "gwiezdnego miasteczka" pod Moskwą i pojawiła się szansa. Badano nas przez trzy tygodnie. Miałem najlepsze wyniki, jeśli chodzi o testy psychologiczne. Oczywiście bardzo liczyła się współpraca w laboratorium i na treningach. Pamiętam wielkie posiedzenie państwowej komisji, już na kosmodromie. Z całą celebrą, różni specjaliści meldowali o gotowości kosmodromu, nas też przedstawiono. To było na trzy dni przed startem, jak postawienie kropki nad i - tej właśnie ekipie powierzamy wykonanie zadania - i padło na mnie.

W końcu ten półtoraroczny wysiłek...
musiał się jakoś sympatycznie zakończyć - właśnie wejściem do rakiety. Pamiętam, że gdy mnie żegnano, pojawiły się jakieś wątpliwości. Było dużo ludzi, kamer, mikrofonów, wszystko takie krępujące, chciałem tylko jak najszybciej wejść do rakiety. I nareszcie, gdy odwróciłem się w kierunku tej rakiety, coś mnie zatrzymało. Ona jest naprawdę duża, robi wrażenie. Ale w końcu poszedłem.

A gdy rakieta odrywała się od ziemi, co Pan czuł?

Kiedy wtopiłem się w fotel, zapiąłem pasy, czułem się związany. Ja i rakieta byliśmy jednym. Kiedy już wszystko sprawdziliśmy, inżynierowi zaczęli zamykać luk wejściowy, słychać było jakieś drapanie, chrobotanie - to się bardzo źle kojarzy. Ale to nie był strach, on się pojawiał, ale wtedy wiedzieliśmy jak mamy działać, gdyby coś się stało. Najważniejsze było, żebyśmy weszli w orbitę, a zagrożenie dla życia było na...
drugim planie. Zobaczyć tę Ziemię - to była szansa, o której nigdy nie marzyłem.

Jak wygląda Ziemia z kosmosu, a jak Polska?

My wiemy, że Ziemia jest okrągła, ale kiedy widzisz to na własne oczy, to człowiek nie wierzy, bo to niemożliwe - chyba kolejny raz śni mi się, że jestem na orbicie. Kiedy wznosiliśmy się i do środka wpadł promyczek słońca, chciałem zobaczyć Ziemię. Ale nie da się, jest tak potworne przeciążenie, że po pierwsze - człowiek nie uniesie głowy, a poza tym - leżeliśmy głowami do dołu, więc widziałem kawałek ciemnego kosmosu. Dopiero gdy statek wyszedł na orbitę zobaczyłem wszystko w pełnej krasie.

Na początku nie szukałem Polski, bo lecieliśmy na wschód w kierunku Japonii. Dopiero przy trzecim okrążeniu znalazłem Polskę. I to było dopiero niesamowite uderzenie. Robiło się ciemno, ale widać było niemal całą Zatokę Gdańską, światła...
miast. Krzyczałem, to było niesamowite. To, co się widzi i przeżywa, jest tak fantastyczne, że człowiek nie pamięta strachu.

Chciałem Panu wyjaśnić, że naszym zadaniem było wyjście na orbitę statkiem Sojuz 30, połączenie się ze stacją orbitalną i przeprowadzenie na niej eksperymentu. I ta procedura zbliżania do stacji była niesłychanie stresująca, ale na szczęście udało się zlokalizować stację. Nie widzieliśmy jej, tylko słychać było takie stuknięcie i echo, szczęk zamków. Wtedy poczuliśmy, że połączyliśmy się i ten okrzyk radości z ziemi "No chłopaki!"

To prawda, że przemycił Pan na pokład winiak? Pytam o to, bo to taki moment, kiedy warto by wypić toast za sukces. Był toast?

Był. To było symbolicznie, po kropelce.

Czy pamięta Pan ten dzień, gdy wrócił Pan do kraju i tłumy rozentuzjazmowanych ludzi witały pierwszego Polaka, który poleciał...
w kosmos?

Oczywiście, ale najbardziej pamiętam to spotkanie na Okęciu. A to dlatego, że spotkałem tam moją mamę i po raz pierwszy widziałem, że nie ma troski na twarzy. Nie powinno się do tego przyznawać, ale były łzy. To było coś wspaniałego.

Czy nie czuł Pan wówczas, że jest Pan jednak taką cząstką w propagandowej machinie?

Kiedy zaproponowano loty w kosmos, ten system zaczął się chwiać i ten lot w kosmos był takim pokazaniem - patrzcie! Czułem, chociaż może początkowo nie rozumiałem do końca, ale dość szybko się zorientowałem, że jestem z wykształcenia pilotem, mam swój zawód, pasję, którą chcę kontynuować, a tu mi każą być tam, zaraz jeszcze gdzieś indziej. A potem sami moi przełożeni mówią - ale ty gdzieś jeździsz, ciebie nie ma. Więc ja na to "nie", nie chciałem być dekoracją.

Poprosiłem o przeniesienie mnie do służb liniowych,...
i wtedy ktoś powiedział "no dobrze, ale latał nie będziesz". Jak to, dlaczego? Nie potrafiono mi wytłumaczyć, dlaczego nie mógłbym latać. Powiedziałem, że skoro mam pełnić obowiązki komendanta Szkoły Orląt i nie latać, to ja nie chcę być takim "malowanym komendantem". I udało mi się - zwrócono mi prawo latania.

A gdyby był Pan dziś bardzo bogatym człowiekiem, chciałby pan polecieć w kosmos jeszcze raz? Bo już niedługo będą możliwe takie turystyczne loty.

Pewnie, że bym poleciał!

Mirosław Hermaszewski - generał brygady Wojska Polskiego, pierwszy i jedyny Polak, który odbył lot w kosmos. Urodził się w 1941 roku na Wołyniu. Ocalał z rzezi podczas "czerwonych nocy" w 1943 roku, dwa lata później wraz z rodziną przeniósł się do Wołowa niedaleko Wrocławia.

W 1960 zaczął latać w Aeroklubie Wrocławskim, rok później wstąpił do dęblińskiej Szkoły...
Orląt. Ukończył z wyróżnieniem Akademię Sztabu Generalnego w Warszawie. W latach 1964-1978 służył w wojskach obrony powietrznej kraju. W 1976 został wyłoniony jako kandydat do lotu kosmicznego w ramach międzynarodowego programu Interkosmos, utworzonego przez ZSRR. W 1978 wraz z Piotrem Klimukiem odbył lot na statku Sojuz 30. W czasie 8-dniowej misji dokonano 126 okrążeń Ziemi. Za udział w locie został odznaczony "Złotą Gwiazdą" Bohatera Związku Radzieckiego, Orderem Lenina oraz Orderem Krzyża Grunwaldu I Klasy.

Od 1981 do 1983 był formalnym członkiem Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, do której został włączony bez swojej wiedzy. W 1983 został wybrany na wiceprzewodniczącego Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. W latach 1987-1991 był komendantem Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych.
Orląt. Ukończył z wyróżnieniem Akademię Sztabu Generalnego w Warszawie. W latach 1964-1978 służył w wojskach obrony powietrznej kraju. W 1976 został wyłoniony jako kandydat do lotu kosmicznego w ramach międzynarodowego programu Interkosmos, utworzonego przez ZSRR. W 1978 wraz z Piotrem Klimukiem odbył lot na statku Sojuz 30. W czasie 8-dniowej misji dokonano 126 okrążeń Ziemi. Za udział w locie został odznaczony "Złotą Gwiazdą" Bohatera Związku Radzieckiego, Orderem Lenina oraz Orderem Krzyża Grunwaldu I Klasy.

Od 1981 do 1983 był formalnym członkiem Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, do której został włączony bez swojej wiedzy. W 1983 został wybrany na wiceprzewodniczącego Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. W latach 1987-1991 był komendantem Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych.
POLECAM