"Z okazji 50-lecia lotów w kosmos,
wszystkim kosmonautom i sympatykom
kosmosu życzę powodzenia"
Mirosław Hermaszewski
START AKTUALNOŚCI REPORTAŻE BIOGRAFIA GALERIA MÓJ LOT KONTAKT SKLEP
ZALOGUJ MÓJ KOSZYK MOJE KONTO
START >> REPORTAŻE
2011-03-22

Mirosław Hermaszewski: W kosmosie dobę przeżyłem w 90 minut.

Podczas wykładu na Festiwalu Nauki w Dąbrowie Górniczej roztoczył pan przed słuchaczami kosmiczną wizję. Pamięta pan szczegóły misji sprzed 33 lat?
- Zachowałem w pamięci wszystko, co dotyczy mojego lotu i pobytu na orbicie. Może nie każda minuta została w pamięci, ale przeżycie każde. Pierwszym były wschód i zachód słońca, które wyglądały zupełnie inaczej niż z perspektywy ziemskiej. Uderzyła mnie bogata gama żywych barw, a na jej tle odcinał się czarny kosmos.

Zachód towarzyszył panu podczas startu. Była godzina 17.27.
- Mój start był bardzo romantyczny. Wyłoniliśmy się z chmury dymu. Z drugiej strony wszystko przebiegało niezwykle dynamicznie. Rakieta pali wtedy półtorej tony paliwa na sekundę. Człowiek siedzi jak...

na wulkanie. Towarzyszą mu ogromne wibracje. Nabiera się prędkości ośmiu kilometrów na sekundę i takim pędem leci w kosmos. Jedno okrążenie wokół Ziemi trwa 90 minut. W ciągu 90 minut przeżywałem więc dobę. Okrążałem Ziemię 16 razy. Jedna noc to ponad 30 minut.

Czy kosmos ma zapach?
- Zapach powiązany jest raczej z marzeniami, które snujemy na Ziemi. Najpierw pachnie nam klejem, którym spaja się pierwsze modele samolotów, potem, kiedy zostaje się pilotem, kosmos to zapach benzyny i oleju, wreszcie stacji orbitalnej. W nocy najlepiej orientować się w sytuacji właśnie po zapachu.

Jak znieść niewygody nieważkości?
- Przede wszystkim jest to ogromne wyzwanie dla ludzkiego organizmu, jego układu sercowo-krążeniowego, błędnikowego oraz psychiki. W stanie nieważkości nie istnieje pojęcie "góra-dół"....
Doznaje się wielu iluzji. Teraz rozmawiamy, siedząc na przeciwko siebie, ale gdybyśmy tę rozmowę prowadzili w kosmosie, to pani byłaby na dole, ale za chwilę znalazłaby się nade mną. Ja wybrałem sobie miejsce na suficie i z pozycji nietoperza, oglądałem, co się dzieje wokół.

Czy długo się pan przygotowywał do lotu?
- Przygotowania w Gwiezdnym Miasteczku (bazie programu Interkosmos, utworzonego przez ZSRR na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku - przyp. red.) trwały półtora roku. Poprzedziła je wnikliwa selekcja kandydatów na kosmonautów. Od pierwszego dnia pobytu trenowano nas ostro. Codziennie przebiegałem po sześć kilometrów. W specjalnych bębnach wywoływano nieważkość. Mieliśmy wyczerpujące treningi na morzu, w tajdze i na pustyni. Nazwałbym je harcerstwem cięższego kalibru.

Osobnym rozdziałem...
jest rywalizacja radziecko-amerykańska w kosmosie. Kibicował pan Rosjanom w ich odkryciach, ale pewnie też był pan pod wrażeniem wyczynu Neila Armstronga, który jako pierwszy stanął na Księżycu?
- Oglądałem transmisję na czarno-białym telewizorze. To był niesamowity wyczyn. W rocznicę tego wydarzenia urodził się mój wnuk Staś, który na drugie dostał imię po słynnym Neilu. Armstrong był zadowolony, przesłał mi potem podziękowania.

Źródło:
http://slask.naszemiasto.pl

jest rywalizacja radziecko-amerykańska w kosmosie. Kibicował pan Rosjanom w ich odkryciach, ale pewnie też był pan pod wrażeniem wyczynu Neila Armstronga, który jako pierwszy stanął na Księżycu?
- Oglądałem transmisję na czarno-białym telewizorze. To był niesamowity wyczyn. W rocznicę tego wydarzenia urodził się mój wnuk Staś, który na drugie dostał imię po słynnym Neilu. Armstrong był zadowolony, przesłał mi potem podziękowania.

Źródło:
http://slask.naszemiasto.pl

POLECAM